Blog o filmach, serialach i szeroko pojętej kinematografii.

piątek, 8 czerwca 2018


Do kin zawitał wreszcie najnowszy film Pawła Pawlikowskiego pod tytułem „Zimna wojna”. Obraz, który swoją premierę miał podczas tegorocznego festiwalu w Cannes, stał się nie małą sensacją, bowiem podbił serca krytyków i ludzi filmu z całego świata, a sam Pawlikowski wrócił z finałowej gali ze statuetką dla najlepszego reżysera. 




Po tak licznych zachwytach ciekawa byłam czy "Zimna wojna" sprosta tak wysoko postawionej poprzeczce. Nie ukrywam, iż liczyłam,  że film okaże się nie tylko równie dobry co poprzedni obraz Pawlikowskiego „Ida”, ale co więcej, przebije go i okaże się godny tych wszelkich pochwał. Czy tak się stało? O tym za momencik.


Zimna wojna to dramat o wielkiej, choć nie zawsze kolorowej miłości dwojga ludzi, którym równie ciężko rozstać się co być ze sobą.  Historia dzieje się na przestrzeni lat 50. i 60. w Polsce, Berlinie, Paryżu i Jugosławii z wydarzeniami historycznymi w tle. 


Film jest niezwykle emocjonalny. Pokazuje ciekawe spojrzenie na miłość, równie pasjonującą, co toksyczną i wycieńczającą. Miłość jako relację, z którą nie da się żyć, a zarazem bez niej życie nie ma sensu. Miłość pełną wzlotów i upadków, która nakreśla całe życie i nie pozostawia wyboru. To także opowieść skromna, w najlepszym tego słowa znaczeniu i co zaskakujące wcale nie tak przygnębiająca jakby się mogło wydawać, pozostawiająca jednak pewnego rodzaju niedosyt i pustkę po ujmującym zakończeniu. 


Największy zachwyt wywołują fantastyczne, pełne precyzji zdjęcia autorstwa Łukasza Żala zrealizowane w formacie 4:3. Ujęcia z każdą sekundą urzekają coraz to bardziej przemieniając film w prawdziwe dzieło sztuki. Niewątpliwym plusem jest przedstawienie historii w monochromatycznych barwach, dodaje to większej głębi i wyśmienicie oddaje klimat tamtych lat, momentami dając poczucie jakbyśmy się przenieśli wprost do lat 50. Ten sam film przedstawiony w pełnym spektrum barw nie byłby już równie efektowny. Ciekawa jest również struktura filmu, momentami mamy wrażenie jakby sceny były urwane, są niedopowiedziane, pozostawiają miejsce na własne przemyślenia. 


Muzyka w tym filmie ma tak ogromne znacznie, że momentami możemy poczuć się  jakbyśmy oglądali musical. Usłyszymy zarówno pieśni ludowe, jazz, jak i poezję śpiewaną. Idealnie oddaje ona nastroje panujące na ekranie i zmiany zachodzące w bohaterach, stanowiąc narrację na równi z dialogami. Do tego fantastyczny głos charyzmatycznej Joanny Kulig, którego mogłabym słuchać bez końca i więcej mi do szczęścia nie potrzeba. 


Wszystkie te elementy dają poczucie, że film naprawdę powstał lata temu i został jedynie odrestaurowany, dla potrzeb obecnego widza. To swoisty wehikuł czasu. 


Zdjęcia i muzyka to jednak nie wszystko, bowiem ogromną robotę wykonują tutaj aktorzy, wszyscy fantastycznie radząc sobie z postawionym zadaniem. Joanna Kulig i Tomasz Kot pokazują klasę, a stworzona przez nich relacja wypada niezwykle wiarygodnie. Znakomicie wypadła również Agata Kulesza, kradnąc początkowo całą moją uwagę, szkoda tylko, że jest jej tam tak niewiele.  Najbardziej zaskoczył mnie jednak Borys Szyc, wreszcie jest to rola na miarę jego możliwości, której z czystym sumieniem można mu pogratulować. 


"Zimna wojna" to romans godny wszelkich porównań do klasyki gatunku, jaką jest "Casablanka", z muzyką równie urzekającą i zapadająca w pamięć co w "La la land", choć najnowszy film Pawlikowskiego musicalem nie jest. Zdaję sobie sprawę, że wielu osobom film może nie przypaść do gustu, wydawać się zbyt nudny, jednak jest już to kwestia osobistej emocjonalności. "Zimna wojna" to kino jakie uwielbiam, surowe, aczkolwiek uwodzące kadrami, przykuwające uwagę wyśmienitym aktorstwem, czarujące muzyką, piękne od początku do końca. Zresztą fantastycznego końca, chwytającego z całej siły za serce i w sposób absolutnie genialny domykającego całą historię.

Moja ocena: 9/10





Źródło zdjęć: https://www.imdb.com

0 komentarze:

Prześlij komentarz